Kiedy słyszymy w telewizji o „ambitnych celach klimatycznych”, „transformacji energetycznej” i „zielonym ładzie”, brzmi to dumnie i światowo. Problem zaczyna się wtedy, gdy te wielkie słowa przekładają się na bardzo małe, za to bardzo konkretne liczby na naszych rachunkach. Bo klimat jest globalny, ale opłata – jak najbardziej lokalna.
Zwykły człowiek nie lata prywatnym odrzutowcem na drugi koniec świata, nie posiada floty kontenerowców ani huty stali. Zwykły człowiek wstaje rano, jedzie do pracy, ogrzewa dom, robi zakupy czasami poleci na jakieś wakacje. I coraz częściej słyszy, że to właśnie jego styl życia jest problemem. Że musi płacić więcej za prąd, paliwo, gaz, bo planeta się nagrzewa i wkrótce spłonie. Administracja prześciga się w pomysłach. Nakaz wymiany pieców, obowiązek segregacji śmieci w siedmiu frakcjach, z których każda wymaga doktoratu z inżynierii materiałowej. Człowiek stoi nad koszem i zastanawia się, czy karton po mleku jest bardziej papierem, czy bardziej zdradą klimatu. Jeśli się pomylisz, czujne oko systemu może wystawić mandat. Planeta odetchnie, bo pomyliłeś pojemnik.
Weźmy też rachunki za energię. Transformacja – słuszna w założeniu – kosztuje. Elektrownie trzeba modernizować, sieci przesyłowe rozbudowywać, dopłacać do nowych technologii. Tyle że te koszty nie wiszą w próżni. One lądują w skrzynkach pocztowych mieszkańców. Emeryt, który ogrzewa mieszkanie gazem, nie zastanawia się nad globalną średnią temperaturą. Zastanawia się, czy wystarczy mu na leki i czynsz. Przekonują nas o słuszności instalowania odnawialnych źródeł energii, farmy wiatrowe pomimo protestów mieszkańców rosną niczym grzyby po deszczu a mimo to ceny prądu mamy najwyższe w Europie. Pytanie nasuwa się samo, komu tak naprawdę ma służyć ta transformacja, bo na pewno nie zwykłym mieszkańcom.
Albo transport. Samochód dla wielu rodzin w mniejszych miastach i wioskach to nie luksus, lecz konieczność. Autobus jeździ dwa razy dziennie albo wcale, pociąg – o ile w ogóle – zatrzymuje się to kilkanaście kilometrów dalej. Tymczasem paliwo drożeje, wprowadza się kolejne opłaty emisyjne, a w tle słyszymy wypowiedź kandydatki na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Magdalenę Biejat, która stwierdziła: „Jeżeli będą zakazane samochody spalinowe, to będziemy jeździć na benzynowych”. Cytat szybko stał się internetowym memem. Niezależnie od intencji, pokazuje on ogrom idiotyzmu serwowanego nam na każdym kroku. Nie zapominajmy o samochodach elektrycznych. To jest dopiero majstersztyk ironii. Reklamowane jako wybawienie planety, produkowane z baterii, których wytworzenie wymaga wydobycia surowców w skali godnej gorączki złota. Ładujesz taki pojazd prądem z elektrowni węglowej i czujesz się jak ekologiczny ninja. Cicho, bez spalin, za to z moralną wyższością. Sąsiad tankuje diesla? Barbarzyńca. Ty podłączasz się do gniazdka? Mesjasz neutralności klimatycznej.
W dużych miastach dochodzi kolejny element: strefy czystego transportu. W teorii idea – czystsze powietrze – jest zrozumiała, brzmi dumnie, ale w praktyce strefy czystego transportu to nie jest zwykły absurd – to jest absurd w wersji reżyserskiej, z efektami specjalnymi i budżetem promocyjnym większym niż niejeden program naprawczy. Wyobraźmy sobie tę scenę: wielkie miasto ogłasza triumfalnie powstanie Strefy Czystego Transportu. Konferencja prasowa, roll-upy z zielonym listkiem, hasło „Oddychaj przyszłością”. A przyszłość wygląda tak, że twój dwunastoletni samochód, który przeszedł wszystkie przeglądy i pali mniej niż niejeden „eko-czołg” z salonu, nagle staje się wrogiem publicznym numer jeden. Gdyby mógł, pewnie dostałby własną kartotekę w wydziale do spraw klimatycznych przestępstw.
No ale proszę państwa, nie popadajmy w czarnowidztwo. Jest światełko w tunelu. Jest nadzieja. Jest przełom cywilizacyjny. Oto bowiem ludzkość dokonała epokowego odkrycia: zakrętka przytwierdzona do butelki. Tak, ten plastikowy pasek łączący korek z butelką to nasz klimatyczny Excalibur. Miecz, którym przetniemy węzeł gordyjski globalnego ocieplenia. Lodowce Grenlandii już drżą — nie z topnienia, lecz ze wzruszenia. Wyobrażam sobie naradę gdzieś wysoko, bardzo wysoko. Wykresy emisji CO₂ pną się w górę jak ceny energii. Susze, powodzie, rekordowe temperatury. I wtedy ktoś wstaje i mówi: „A gdyby tak… nie dało się zgubić zakrętki?”. Cisza. Zachwyt. Oklaski. Historia właśnie skręciła we właściwym kierunku. Zakrętka przytwierdzona do butelki to triumf inżynierii nad rozsądkiem. Otwierasz napój i korek sprężynuje, zahacza o nos, wchodzi w oko, oblewa rękę, ale za to — uwaga — nie oddzieli się od swojego plastikowego przeznaczenia. Planeta odetchnęła. Niedźwiedź polarny może wreszcie spokojnie usiąść na krze i powiedzieć: „Dziękuję, Unio”. Bo przecież problemem nie było to, że produkujemy miliardy ton plastiku. Problemem było to, że zakrętki miały czelność żyć własnym życiem. Teraz już nie uciekną. Są przywiązane. Jak my do kolejnych regulacji.
Radosław Majgier
Przeczytaj też: Śrubokręty, klucze, młotki i… narkotyki – poszukiwany 30-latek zatrzymany przez brzeskich policjantów
