Dla większości ludzi wakacje to czas relaksu, wygody i odcięcia się od codziennych obowiązków. Dla Adama Lelko z Brzegu i Marka Ziobrowskiego ze Starej Kamienicy – wieloletnich uczestników Złombolu – to przede wszystkim przygoda, próba charakteru i okazja, by zrobić coś dobrego dla innych. Ich ekipa, znana jako Luxtorpeda, wzięła udział w 19. edycji charytatywnego rajdu, którego meta w 2025 roku znajdowała się w Giresun, nad Morzem Czarnym, w Turcji.
Choć nazwa „rajd” może sugerować rywalizację, Złombol to zupełnie inna historia. To swobodna podróż zabytkowymi i często mocno wysłużonymi pojazdami z czasów PRL-u. Nie ma punktów kontrolnych ani zadań specjalnych, a jedynym wspólnym celem jest dotarcie do mety i… zebranie funduszy dla dzieci z domów dziecka. Każda załoga musi zdobyć minimalną kwotę darowizn, aby wystartować.
Tegoroczna trasa prowadziła przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię, Bułgarię, a także przez tureckie góry i prowincję, z dala od turystycznych kurortów. Uczestnicy pokonali ponad 3000 kilometrów do mety – w samochodach, które dawno przestały być synonimem komfortu.
Luxtorpeda, czyli Polonez Caro Plus z 1999 roku, radził sobie dzielnie w ekstremalnych upałach mimo braku klimatyzacji. Załoga z Brzegu przejechała tym razem w sumie ponad 9200 km i odwiedziła 12 krajów. Łącznie z poprzednimi edycjami rajdu na koncie ekipy i jej auta są już 33 państwa.
Finał w Giresun trwał dwa dni – z muzyką, lokalnym jedzeniem i wspólnym świętowaniem. Ale Złombol to nie tylko podróż. To też dowód na to, że pasja i chęć pomocy potrafią połączyć ludzi z różnych zakątków świata. Adam i Marek już zapowiadają, że to nie jest ich ostatnia przygoda w ramach tej imprezy. – Dopóki nasze auto jeździ, a my mamy siłę i serce do tego projektu, będziemy częścią #teamZłombol – mówią zgodnie.
Poznajcie kulisy wyprawy w rozmowie z Adamem Lelko z ekipy Luxtorpedy
Jak wyglądała Wasza trasa do Giresun? Czy planowaliście ją wcześniej, czy raczej improwizowaliście po drodze?
Trasa jest pełna przygód. Start od kilku lat odbywa się na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Wyruszyliśmy późno, dlatego pierwszy nocleg był blisko, bo już u naszych południowych sąsiadów – w Czechach.
Drugiego dnia przejechaliśmy lotem błyskawicy przez Słowację i Węgry, by na noc zameldować się w Serbii. Tu na kempingu spędziliśmy przemiły wieczór z parą emerytowanych lekarzy z Bielska-Białej, którzy wracali ze swojej podróży kamperem.
Kolejne dni to przystanek w Bułgarii, zahaczenie o Grecję i wreszcie wjazd do Turcji i przeprawa mostem nad Cieśniną Bosfor do azjatyckiej części kraju. Pierwszy kemping w Turcji mieliśmy bezpośrednio przy Morzu Czarnym, dzięki czemu mogliśmy skorzystać z orzeźwiających kąpieli, które były swoistą nagrodą po dniach spędzonych w autach bez klimatyzacji przy temperaturach dochodzących do 40 stopni. Stąd już niespełna 1000 km do mety i tylko jeden nocleg po drodze.
Trasę zaczynamy planować chwilę po ogłoszeniu mety aktualnej edycji rajdu, czyli zazwyczaj pół roku przed startem. Zawsze skupiamy się na wyszukaniu kempingów i podzieleniu drogi na odcinki po około 500-600 km. W pierwszej fazie wyprawy niewiele zwiedzamy, bo najważniejsze jest dotarcie do mety w określonym czasie. Niewiele nie oznacza, że wcale nie zwiedzamy. W tym roku przed dotarciem do Giresun udało się po drodze zobaczyć m.in. fantastyczną starówkę w bułgarskim mieście Płowdiw, która okazała się nieoczywistą perełką, godną polecenia każdemu turyście. Odwiedziliśmy też polską wieś w Turcji, czyli Polonezyköy – dawniej Adampol, w której sporo czasu spędziliśmy na polskim cmentarzu przy ulicy Adama Mickiewicza, odczytując z nagrobków sentencje i polskie nazwiska.
Oczywiście w trasie musi być zawsze miejsce na improwizację, często wymuszoną sytuacją drogową lub awariami. Tym razem też tak było – musieliśmy zmodyfikować plany ze względu na mikropęknięcie bloku silnika poloneza naszych przyjaciół. Trafiliśmy przypadkowo na wiejski kemping z dala od cywilizacji pośród tureckich gór – to było wyjątkowe doświadczenie – pod rozgwieżdżonym niebem można było doraźnie usunąć usterkę samochodu i wyruszyć w dalszą drogę.
Które miejsca na trasie zrobiły na Was największe wrażenie?
Trudno wybrać jedno takie miejsce, spróbuję ograniczyć się do kilku. Prawdziwe zwiedzanie zaczyna się już po przekroczeniu linii mety i we wszystkich tych miejscach, o których opowiem, byliśmy właśnie w tej drugiej, bardziej wyprawowej części podróży. Zawsze po mecie staramy się jak najwięcej zobaczyć i maksymalnie przesunąć dotychczasowe granice zasięgu naszego auta.
Pojechaliśmy do Gruzji, zaczynając od małej wycieczki po Batumi, które żartobliwie ochrzciliśmy „Las Vegas Morza Czarnego”, ze względu na nowoczesną zabudowę wypełnioną drapaczami chmur, a nocą rozświetloną feerią neonowych barw. Trochę nie nasz klimat, dlatego znacznie bardziej zachwyciła nas stolica – Tbilisi, której starówkę przemierzyliśmy zarówno w palących promieniach słońca, jak i przy blasku świateł nocy. Oprócz urokliwej zabudowy i przepięknych zabytków mieliśmy też okazję zasmakować specjałów lokalnej kuchni, które nawet w dużym mieście okazały się bardzo przystępne cenowo dla turysty z Polski. Na koniec wspaniała panorama miasta widziana spod pomnika Matki Gruzji, który góruje nad miastem – ten widok zapada w pamięci!
Kolejna na trasie była Armenia – fascynująca przyrodniczo i z ogromnym dziedzictwem historycznym. Pierwszym i niezapomnianym doświadczeniem tu była kąpiel w jeziorze Sewan na wysokości 1899 m n.p.m. czyli nieco wyżej niż wierzchołek Giewontu! Odwiedziliśmy też kilkusetletnie monastyry, w których można było poczuć ducha średniowiecza. Największym jednak „hitem” w Armenii okazał się wąwóz Garni, do którego dojechaliśmy szutrową drogą. Góruje nad nim świątynia z I w n.e., jest ona jedynym zachowanym obiektem klasycznym w tym kraju, wzniesionym prawdopodobnie ku czci boga Mitry. Wygląda jak budowle ze starożytnej Grecji, a dodatkowo roztacza się z niej wspaniały widok. Natomiast w dole wąwozu podziwiamy „Symfonię Kamieni” – formacje skalne podobne np. do organów Wielisławskich, powstałe w dawnych procesach wulkanicznych, oszałamiające skalą – wielokrotnie większe od tego typu obiektów w naszym kraju.
Atrakcją Armenii ponad wszystkie inne jest widok wykraczający poza granice tego państwa, widok na majestatyczny szczyt Ararat leżący już po tureckiej stronie. Mogliśmy go obserwować zarówno z górskich dróg, jak i z samej stolicy – Erywania. To góra wyjątkowa, bardzo wybitna względem otaczających ją równin i zakorzeniona w kuluarze poprzez biblijną historię o Arce Noego, która po Potopie miała osiąść na jej szczycie. Patrzenie na nią było przeżyciem niemal mistycznym dla wielbiciela gór!
Największe wrażenie w Turcji zrobiła na nas Kapadocja. Może wydawać się to takie „oklepane” i bardzo turystyczne miejsce, ale zdecydowanie warto je odwiedzić – zwłaszcza gdy pojedziemy tam polonezem! Krajobraz jest iście księżycowy i gdziekolwiek nie spojrzymy, naszym oczom ukazują się fantastyczne formy skalne. Będąc tam, warto też wstać bardzo wcześnie, około 4 rano i podjechać na jeden z punktów widokowych. Dlaczego tak wcześnie? Tuż przed wschodem słońca stratują dziesiątki, a może i setki balonów na gorące powietrze. Spektakl jest niesamowity i zapierający dech w piersiach: kolorowe balony rozświetlają mrok poranka ciepłym światłem palników gazowych, a już po kilkudziesięciu minutach wstaje słońce budzące do życia nowy dzień.
Co najbardziej Was zaskoczyło w Turcji – pozytywnie lub negatywnie?
Najbardziej pozytywnie zaskoczyła nas jakość dróg, wielopasmowe autostrady, dzięki którym można było pokonywać duże odległości – nawet do ponad 700 km jednego dnia. Mały minusik, ale nie jakiś wielki negatyw to standard kempingów odbiegający od tych, do których możemy być przyzwyczajeni w Europie.

Powiedzcie kilka słów o swoim samochodzie. Jakie to auto i jak radziło sobie w tak długiej trasie?
Nasz samochód ma na imię Luxtorpeda, jest to młody Polonez Caro Plus z 1999 roku. Z luksusowego wyposażenia posiada wspomaganie kierownicy! Nie ma mowy o klimatyzacji czy elektrycznych szybach. Silnik to fabryczne 1,6 benzyna (plus gaz) o piorunującej mocy 76 koni mechanicznych. Ciężko mu w tak długiej trasie, nie jest zbyt szybki, lubi wypić trochę oleju i płynu chłodniczego, ale dojeżdża do celu i to jest najważniejsze.
Czy mieliście po drodze jakieś awarie? Jak sobie z nimi radziliście?
W zasadzie w tym roku uniknęliśmy poważnych awarii, choć mieliśmy na wszelki wypadek cały bagażnik części. Były drobne przygody ze zbyt wysokimi lub zbyt niskimi obrotami silnika na wolnym biegu, gaśnięciem przy hamowaniu, ale nie wymagały one interwencji, bo same ustępowały. Problemem podczas całej trasy był sączący się wyciek w okolicach sprzęgła i nadmierna konsumpcja oleju: w drodze dolaliśmy 5,5 litra.
Czy były momenty, gdy myśleliście: „Nie damy rady dalej jechać”?
Zdecydowanie nie! Podczas rajdu determinacja jest ogromna i nie ma takiej opcji, by się poddać. Mamy przecież rajdowych przyjaciół, na których zawsze można liczyć. Co innego przed rajdem: w czasie przygotowań bywają momenty zwątpienia. W tym roku przeprowadzaliśmy generalny remont silnika – ze względu na ograniczoną dostępność części operacja okazała się dość skomplikowana. Remont przedłużał się i nie raz przychodziły czarne myśli: „czy aby na pewno zdążymy i uda się wystartować?” Wszystko
skończyło się szczęśliwie i na niespełna 2 tygodnie przed startem mieliśmy auto gotowe do jazdy. W ramach docierania i testów przejechałem 1000 km.
Macie jakąś wyjątkową historię z tej edycji, którą zapamiętacie do końca życia?
Na Złombolu każdy dzień jest wyjątkowy, są jednak sytuacje, które na długo pozostają w pamięci. Taki niewątpliwie był pewien deszczowy dzień w Gruzji. Jechaliśmy drogą pełną zakrętów pośród przepięknych zielonych górskich zboczy. Robiło się późno, cały czas padało, a my potrzebowaliśmy noclegu. Znalazłem w Internecie ciekawie opisane miejsce, wszystkie jego recenzje wskazywały na trudny dojazd.
Pomyśleliśmy: dla nas nie ma czegoś takiego jak trudny dojazd, przecież dojechaliśmy kiedyś szutrówkami na metę w Albanii i przejechaliśmy po odcinku specjalnym WRC rajdu Grecji! I jak to mówią, prawdziwa Gruzja zaczyna się tam, gdzie kończy się asfalt. Tak było również w naszym przypadku. Zjechaliśmy z asfaltu i stromym zjazdem dotarliśmy do starego wąskiego mostu, który dla większości turystów byłby sygnałem do odwrotu.
Udało się jednak przeprawić przez rzekę i nie spaść w jej nurt. Dalej zaczęło się delikatne wspinanie pod górę. Całą drogę okupowały pasące się krowy, które w ogóle nie reagowały na nadjeżdżający samochód. Musiałem zbliżyć się dosłownie na kilka centymetrów, by niechętnie ustąpiły nam miejsca. Drogą płynęły strumienie wody zasilane obfitym deszczem, po jednej jej stronie było urwisko z perspektywą upadku z dużej wysokości i lądowania w rzece.
Minęliśmy wielkie terenowe auto z namiotem dachowym, zaparkowane na łące. Droga robiła się coraz bardziej stroma i kamienista, narastały nasze obawy o opony. W końcu zrobiło się tak stromo, że auto nie dawało rady na pierwszym biegu.
Zarządziliśmy odwrót, stwierdzając, że chyba nawigacja wywiodła nas na manowce. Operacja zawracania na półce skalnej nie należała do najspokojniejszych momentów, padający deszcz też nie pomagał. Udało się, jechaliśmy już w dół, jednak teraz auto „nurkowało” przodem i cały czas zahaczaliśmy o wystające kamienie.
Zauważyliśmy przeoczony wcześniej drogowskaz – kijek ze strzałką. Już po kilku chwilach byliśmy w miejscu upragnionego noclegu. Nie było tak różowo, jak w opisie: za recepcję służyła obora, do której zaprosił nas starszy pan, później przyszedł jego syn i powiedział, że pokaże nam pokój, jak przestanie padać. Nie zapowiadało się na zmianę pogody, staliśmy tak w ciemnej oborze w milczeniu. W końcu powiedziałem: uciekamy stąd! Wróciliśmy tą samą drogą pośród krów, wróciliśmy na asfalt i w pierwszej wsi po drodze znaleźliśmy super nocleg! To był dzień, który na długo zapamiętamy.
Jak reagowali lokalni mieszkańcy na Wasz pojazd i wyprawę?
Od lat reakcje są takie same: uśmiech, kciuk uniesiony do góry, pozdrowienia, machanie ręką. Wielokrotnie rozmawiamy z ludźmi, tłumacząc ideę rajdu i wtedy pozytywna reakcja wkracza na wyższy poziom. Bardzo często lokalni ludzie robią sobie zdjęcia z naszym samochodem i z nami. To bardzo miłe i budujące!
Co było dla Was największym wyzwaniem podczas całego rajdu?
Największym wyzwaniem jest zawsze zbiórka charytatywna, która jest istotą tego rajdu. Nie jest łatwo pielgrzymować od firmy do instytucji i tłumaczyć, o co w tym zwariowanym pomyśle chodzi. Na szczęście przez lata wyrobiliśmy już sobie pewną renomę i mamy stałą grupę darczyńców, którzy razem z nami wspierają dzieci z domów dziecka. Bardzo wielu naszych przyjaciół – osób prywatnych – dorzuca się na szczytny cel bez słowa namowy.
Co dla Was znaczy udział w Złombolu – co Was motywuje, by znów ruszać w trasę?
Motywują nas dwie najważniejsze rzeczy. Po pierwsze cel charytatywny – bez niego to nie ma sensu! Pomagamy dzieciom z domów dziecka i to jest motorem wszystkiego. Po drugie przygoda w gronie przyjaciół i pozytywne relacje, jakie łączą nas ze złombolową bracią z całej Polski. Do tych ludzi chce się wracać!
Jakie emocje towarzyszyły Wam na mecie w Giresun?
Przede wszystkim radość z zakończenia kluczowego etapu rajdu, taki trochę kamień z serca, że znów się udało. Radość spotkania z innymi uczestnikami i serdeczne przyjęcie przez lokalną społeczność i władze miasta. To był czas zabawy i uśmiechu! Następnego dnia przyszły jednak trudniejsze emocje, bo rozstawaliśmy się z naszymi kompanami i dalej ruszaliśmy sami w nieznane. Jak się później okazało, byliśmy jedną z zaledwie kilku załóg, które dojechały aż do Armenii.
Dlaczego warto wziąć udział w Złombolu – nie tylko dla frajdy, ale właśnie w tej charytatywnej formule?
Dlaczego? Dlatego, że warto być dobrym człowiekiem! Pozytywne nastawienie i dobro wraca – to frazes, ale sprawdza się. Charytatywny cel nadaje głębszy sens całej wyprawie, która bez niego byłaby tylko nieco ekstremalną i niewygodną wycieczką.

Planujecie udział w kolejnej edycji?
Złombol jest jak nieuleczalna choroba, jak raz się załapie bakcyla to ciężko przestać. Z niecierpliwością wyczekujemy ogłoszenia daty i celu przyszłorocznej, jubileuszowej XX edycji.
Jakie rady dalibyście osobom, które chcą po raz pierwszy wystartować w Złombolu?
Myślę, że po pierwsze trzeba zadać sobie pytanie, czy naprawdę tego pragnę? Czy chcę wyjść daleko poza strefę komfortu, spędzić co najmniej dwa tygodnie w metalowej puszce bez klimatyzacji, czasem spać na dziko przy drodze bez łazienki? Jeśli odpowiedzi będą twierdzące, możemy zacząć rozmowę.
Następny warunek to auto z byłego „bloku wschodniego”, np. Polonez, Skoda, Żuk, Nyska, Trabant, Tarpan czy Barkas. Trzeba zgromadzić odpowiedni zapas części, by móc się nimi ratować w drodze. Przyda się też podstawowa wiedza techniczna i instrukcja naprawy swojego auta. Bardzo ważny jest też gruntowny przegląd i przygotowanie auta przed startem.
Ponadto potrzebny będzie sprzęt kempingowy taki jak namiot, śpiwory, materace, krzesełka itp. Wtedy można śmiało ruszyć na miasto w poszukiwaniu darczyńców. To, co radzę każdemu potencjalnemu złombolowiczowi to wzięcie najpierw udziału w Rajdzie Koguta. Znacznie łatwiej przygotować się na trzydniowy wyjazd, który pozwoli nam sprawdzić, czy rajdowe emocje są dla nas. Jest to również rajd charytatywny, w którym zbieramy pieniądze dla chorych dzieci. Nie wymaga długiego urlopu, trasa przebiega tylko w granicach Polski, jest łatwa i przyjemna, można jechać z małymi dziećmi i dziadkami.
W Złombolu można też nie słuchać żadnych rad, „pójść na żywioł” – kupić auto i zaryzykować wyjazd w nieznane, bo do odważnych świat należy!
Gdybyście mieli opisać Złombol jednym zdaniem – jak by ono brzmiało?
„Złombol to stan umysłu!” 😉
Rozmawiał Piotr Mazurek
Zdjęcia: archiwum prywatne Adama Lelko
Przeczytaj też: Szóste urodziny Stowarzyszenia „Kręcimy dla zabawy”
